Pulp Cthulhu

 


Wczoraj miałem okazję pierwszy raz zagrać w Pulp Cthulhu. Tak naprawdę to nawet w klasyczny Zew grałem bardzo dawno temu i niewiele pamiętam (poza 1:1 na scenariuszu od Zgrozy). Podręcznik czytałem wyrywkowo, więc moje wrażenia dotyczą samej sesji i przygotowania do niej, a nie treści zasad.

Tworzenie postaci było z jednej strony satysfakcjonujące, a z drugiej dość trudne i czasochłonne. Niby wiedziałem, o co chodzi, jak mam przyznać te wszystkie procenty, ale już w grze okazało się, że jednak nie wiedziałem i moja postać jest zupełnie inna, niż myślałem, że będzie. Nie wiedząc, za co dokładnie odpowiadają poszczególne umiejętności, jak się do tego mają atrybuty główne i poboczne, co dokładnie robią poszczególne talenty, dokonałem na czuja wyborów, które mnie później mocno zaskoczyły.

Pomimo tego udało się stworzyć ciekawą drużynę z barwnymi postaciami, sensownymi relacjami i jasnymi celami. Świat jest również pełen koloru i swoistego uroku, aczkolwiek z czającą się gdzieś w cieniach grozą. Scenariusz (z podręcznika) również okazał się wciągający i dość szybko nieźle się w niego wczuliśmy. Teoretycznie wszystko grało, ale po chwili okazało się, że gra lubi sobie włożyć kij w szprychy.

Kij numer jeden polegał na liniowości. Przyzwyczajeni do PbtA i OSRów gracze próbowali robić rzeczy nieprzewidziane, które prawdopodobnie całkowicie wywaliłyby scenariusz w kosmos i po przejściu sceny początkowej można by go było wyrzucić do kosza. Musieliśmy więc z części pomysłów zrezygnować i po prostu pojechać do hotelu i czekać na aukcję.

Kij numer dwa wynikał z mechaniki i tworzenia postaci. Okazało się, że ze względu na błędy w przyznawaniu sobie punktów do umiejętności niektórych rzeczy nie mogę w zasadzie zrobić w ogóle. Zupełnie nie pasowało mi to do postaci. Grałem odkrywcą, Atlantą Jamesem, przystojnym i sprawnym fizycznie odważnym śmiałkiem, który niestety miał Urok osobisty minimalny, Perswazję minimalną i zamiast oczarować pokojówkę i zawinąć jej klucze do pokoju, mogłem sobie postać w oknie i popalić szlugi. Najlepszą akcją było to, że jak już włamaliśmy się do pokoju i była tam walizka, którą chcieliśmy otworzyć siłą, to ja miałem 50% szans, ale akurat kurtyzana, z którą się tam włamałem, miała 80%, więc ona wyłamywała zamek, a ja stałem w oknie i paliłem szluga.

Niby bawiłem się dobrze, działy się ciekawe rzeczy, ale miałem dojmujące wrażenie, że nie mogę zrobić tych wszystkich fajnych rzeczy, które w mojej głowie pasują do postaci, ale nie pozwalają na to cyferki na karcie. Chyba muszę spróbować Cthulhu Dark albo Mythos World.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Otchłań

Zew Cthulhu: Gra Paragrafowa

Obscure