Berdysz k10
Na ratunek przychodzi Wojtek Rosiński i przynosi ze sobą zakrwawiony Berdysz.
Od razu można zadać sobie odwieczne pytanie: po co, skoro mam Warhammera*? Odpowiedzi się mnożą jak rój much nad bagnem:
a) bo można się zmieścić na 50 stronach zamiast 400 - bestiariusz na 4, świat na 6, czary na 2, klasy postaci na 2
b) bo można wylosować postać w 10 rzutach, w siedem i pół minuty
c) bo można zamiast rzutów k100 poniżej 52, rzucać k10 poniżej 5
d) bo można zrobić zasady walki bez konieczności korzystania z Excela
e) bo można zrobić skład z artystycznym zacięciem w stylu Mork Borga (ale bez narkotyków) zamiast podręcznika do 2. klasy liceum
f) bo można zamiast Mistrzem Gry nazywać tego sadystę Katem
g) bo można trochę bardziej dokręcić śrubę:
- jak PŻ spadną do 0, to po prostu nie żyjesz
- jak punkty umysłu spadną do 0, to oszalałeś
- jak drużyna zbierze 1000 sz, to trochę szaleje i trochę chce się pozabijać
- im dłużej grasz, tym więcej masz gnijących ran i przywar - taki to rozwój postaci
- bo magia jest nieprzewidywalna i groźna (dla rzucającego)
Przeczytanie tego podręcznika sprawiło mi sporo radości, kilka razy się zaśmiałem, raz może nawet parsknąłem śmiechem. Treść napisana jest ze swadą i humorem, sporo tu mrugnięć okiem i poszturchiwania po plecach.
Wersja recenzencka, którą otrzymałem ma jeszcze trochę literówek i błędów interpunkcyjnych (przecinki są znanym wrogiem Wojtka), ale w stopce redakcyjnej zapowiedziane jest przeoranie przez Mistrzowanie po Sznurku, więc możemy spać spokojnie.
Fajne to - taki trochę OSRowy Warhammer light z uśmiechem. Mork Borg w polskim erpegowym sosie. Można się zaśmiać, a można też zagrać.
* Na końcu znajduje się instrukcja konwersji z Warhammera, więc to już w ogóle okazja do zagrania tych wszystkich wspaniałych przygód o smutku i cierpieniu, ale bez doktoratu z zakresu liczenia przewag.
Komentarze
Prześlij komentarz